Autor Wątek: Szuter Party II, czyli 600km dla taplania się w błocie.  (Przeczytany 3453 razy)

Jaro-Ino

  • Gość
Szuter Party II, czyli 600km dla taplania się w błocie.
« dnia: 18 Październik 2014, 13:29:54 »
Co prawda trochę czasu już minęło od tego wyjazdu, ale może komuś się spodoba :)



Zaczęło się niewinnie. 3 wypady wokół Poznania po szutrach, kilka osób poznanych i pewnego pięknego czerwcowego popołudnia wyskakuje okienko gadu-gadu. Marcin podsyła link do tematu nie innego jak „Tyrawa Solna czyli Szuter Party II”. Głęboka analiza sięgająca najdalszych zakątków umysłu w poszukiwaniu rozwiązania problemów kończy się po 2 sekundach i wpisie na listę.
Szczęśliwy dzwonie do domu:

-wiesz tata, bo ja na przełomie lipca i sierpnia za Sanok jadę. Zlot jest.
-A ja to co, nie jadę?
-A chcesz?
-Jeszcze się pytasz?
-Dobra, dobra, już dopisuje.

No to jest nas dwóch. Ale szybkie przemyślenie skłania mnie do jedynej możliwej refleksji; zaraz, zaraz, przecież moto jest jedno. Poczciwy trampuś chętnie Bieszczady odwiedzi, ale opcja na plecaka to chyba nie bardzo. Wątpliwości przedstawiam ojcu.
-Da rade, trampka w busa weźmiemy, będzie cacy.
Dobra, jak będzie to będzie. Przygotowania sprzętu trwają jakieś 5 minut: jeździł? Jeździł. I nadal jeździ to na cholere grzebać, jeszcze coś się popsuje i dopiero będzie….
Tydzień przed wyjazdem kumpel ojca mówi, że skrzynia siadła i mu robią już od 3 tygodni, ale wszystko będzie na czas. Nie, nie wierzcie nigdy na słowo nikomu. Sobie rzadko, ale obcym nigdy. Dzień wyjazdu wypada nie inaczej niż w piątek.
Ojciec na co dzień jeździ ciężarówką, więc i tutaj zadziałały prawa murphy’ego. Wysłali go w trase w środe. Do tego korek tu, korek tam i w czwartek wieczorem słysze w słuchawce, że o 9 wyjazd. Wstępne obliczenie odległości 600km. Mówię sobie, średnia 60km/h to w 10h zajedziemy i na 19 na miejscu.

Piątek

6:00, pobudka, zniesienie pakunków na korytarz na dół i jade po busa. Całe szczęście, że tylko po to, żeby wstępnie obadać, bo okazuje się, że skrzynia zamontowana, ale nikt tym nie przejechał jeszcze kilometra, a warsztat „godny” zaufania jakoś wzbudza moje wątpliwości co do powodzenia napraw i braku problemów w drodze. Wkurzony do granic możliwości na znajomego dzwonie do ojca:

-wiesz taka sprawa jest, że nie ma czym jechać.
-Czekaj, damy rade, bądź po mnie o 11:30.
-Jak o 11:30, miałeś być o 9.00.
-Wiesz jak to droga, przedłużyło się.

Walnąłem na szybko dyche w myślach i wsiadam do passata. Jade do domu. Śniadanie, sprawdzenie trampka, kufra z częściami i ciuchów. 11:30 jestem po tate. Wychodzi po 15 minutach czekania, w ciągu których zdążyłem obliczyć (przydają się całki III stopnia  :lol: ), że wyjazd się opóźnia, a sam transport jest jedną niewiadomą. W drodze do domu ustalenie: jedziemy passatem i trampkiem. Konwój normalnie. Ja w szoku, ale jednak dziękuje Bogu, że nie każą mi ciągnąć przyczepy. W domu pakowanie pełnego bagażnika zajęło mi plus minus 3 minuty. Ja melduje gotowość do wyjazdu i słysze iście wkurzające słowa: to jak jeszcze jesteście to obiad zjedzcie. No nie, tego za wiele. Ale cóż, siła wyższa zmusza mnie do przekąszenia czegokolwiek, choć humor raczej nie wzbudza we mnie apetytu. W końcu ojciec siada za kółkiem passata, a ja obejmuje stery trampka. Godzina 13, ja już zdążyłem zrobić 100km samochodem. Ale nadal jestem w domu. Wizja 600km jakoś nie poprawia mi humoru. No nic, nie ma co tracić czasu. Start!

Jako, że ojciec zna drogę, puszczam go przodem. Chociaż nie zastanawiam się, gdzie jechać. No i jedziemy tak 100-110km/h. Wszystko cacy. Wibracje i dźwięk V-ki uspokajają mnie i relaksują. Teraz już nieważne, że późno wyjazd, że nie tak jak miało być. Wszystko super, po 70km krótka przerwa, wymiana poglądów politycznych, kęs mięsa i dzida. Czasu brak to się spinać trzeba. Wszak już po 14. Sielanka trwa. Jednak po kilkunastu kilometrach kończy się. Ulewa po 100km nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej. Zwłaszcza, że zostało sporo. Ale trza być twardym, nie mientkim. Gdzie się da, opór. Na drodze jakieś zagęszczenie się zrobiło i średnia prędkość spada. Wyprzedzam za ojcem, dynamika motocykla pozwala nadrabiać czas przyspieszania. Czerwona lampka zapala się przy hamowaniu. Ale dobra, wiadomo, że trampek nie poraża heblami. Idzie wyczuć. Jazda. Moje złudne wrażenie trzymania się gumy na drodze rozwiewa wyprzedzanie ciężarówki. Na wzdłużnym uskoku  kilka metrów bokiem, bo guma nie trzyma jak trzeba. Serce w gardle, ale odpuścić nie moge. Gaz w opór i przeskakuje tira. Uspokajam się dobre 15 minut. Pełna koncentracja. W końcu przestaje padać. Schne sobie po drodze. Bokiem minięta Łódź. Wpadamy na ekspresówke. Wysuszyłem się całkiem, słońce wyszło, budzik melduje 140, a twarz banana. Zjazd na Piotrków Trybunalski. W ciągu sekundy moje oczy powiększają się jakieś 3 razy po zobaczeniu ściany wody. 2 sekundy później leje jak jeszcze nigdy. Po 10 sekundach staje obok passata i biore płaszcz przeciwdeszczowy (brak profesjonalnych ciuchów motocyklowych dawał się ostro we znaki). Niestety jestem już całkiem mokry. Ale twardziele się nie poddają. Przed Sulejowem korek. Na oko kilka kilometrów. A zegar tyka nieubłaganie odliczając kolejne sekundy. Umawiam się z ojcem na stacji za 3 km. Lece sobie dróżką szutrową ciągnącą się poboczem 10m od asfaltu. Na stacji tankowanie. Po sprawdzeniu, co mokre, a co suche i wysuszeniu rękawic w pobliżu wydechu dojeżdża ojciec. W międzyczasie dzwonie do sprawcy całego zamieszania- Marcina i pytam gdzie jest. Okazuje się, że 20km za nami. Korek akurat się rozluzował, więc pilotuje na kolejną stacje i staje, melduje ojcu co, gdzie, jak. Dzwonie raz jeszcze i słysze aprobate wzięcia trampka na przyczepe obok KTMa. Po 15 minutach na stacje przyjeżdża Marcin, szybki załadunek i lecimy w dalszą droge. Zrobiłem około 300km trampim i ulewy skutecznie mnie osłabiły. Więc szczęśliwy w suchych ciuchach siadam za kółkiem passata  :wink: Droga ciągnęła się dalej. Nawet deszcz zacinający tak, że wycieraczki nie nadążały raczej nas bawił niż smucił. Kielce, Tarnów, Jasło, Krosno. W Sanoku jesteśmy po północy. W Tyrawie Solnej meldujemy się o godzinie 1:15. Większość śpi. Idziemy do recepcji i prosimy o swój pokój. Dostajemy domek z łazienką, choć nie taki zamawialiśmy. No ale darowanemu…. Zwłaszcza, że taniej niż powinno być  :grin: Troche pogaduszek i po przyjechaniu pozostałych szybko zamykam oczy wtulony w poduszke.

Sobota- dzień offa.

9:00
Pobudka. Słychać chodzące sprzęty: kurde, co ja tutaj robie, przecież jeszcze opony do zmiany. Po rzuceniu hasła na forum znajomi i nieznajomi okazali swe dobre serce dając mi upragnione kostki. Wg nich już podjechane, dla mnie wyglądały jak nowiuteńkie. Jak zastanawiacie się czemu to spróbujcie jazdy w błocie na szosówkach. Szybki serwis z pomocą fizyczną i umysłową chłopaków, którzy wiedzieli co i jak.




Bieg po ciuchy, dopytanie o klucze, dętki itp. Dorzuciłem się do worka znajomego z dętkami i łatkami, założyłem ciuchy i patrze kto został. Bo ja Gie Pe eSa niet. Więc chcąc nie chcąc jestem zdany na innych. Godzina 11. Utworzyła się grupka: Felkowski-AT, Laska-AT, Lepi-KTM enduro.
-Chłopaki, mogę z Wami? GPSa nie mam.
-Dobra młody, dzidaaaaaaaaaa.
No tak. Jak obiecali tak też było. Zanim zdążyłem sobie przypomnieć po wczorajszych 700km, gdzie są biegi widziałem już tylko kurz unoszący się z kierunku, w którym się oddalili. No to pędzel. Dogoniłem ich na krzyżówce. KTM urwał kierunek, który dyndał na jednym kabelku. Po 2 kilometrach już byłem zlany potem. Szybka naprawa i jazda dalej. Po asfalcie coś mi wyje, kurde, chyba źle poskładane. Analiza dostępnych informacji przytacza kolejne podstrony forum jaka kostka głośniej wyje. Dobra nasza, przy 80 wiatr zagłusza. Mijamy jakiś mostek wjeżdżając na zakaz w razie czego mając nadzieje wytłumaczyć się miejscem pasażerskim.



Zatrzymujemy się i słyszę, że tam 400m w górę jest jakaś kapliczka. Ja z racji tempa i wczuwania się zamykałem stawke, więc GPSa nie widziałem ani chwili. Skoro wszyscy ruszają to ja za nimi. Zaczynamy się wspinać na górkę, o której nawet bym nie pomyślał, że można próbować wjeżdżać, ale skoro szlak tak prowadzi to przecież nie zostanę. Ale śliska glina i korzenie nie są przyjacielem wspinania się na wzniesienie motocyklem. W ciągu sekundy wszyscy czterej leżymy. Trampek spada bakiem do dołu, a ja turlam się w dół uciekając na bok w razie jakby i jemu zachciało się wycieczki fikołkami w dół zbocza. Zbieram się, podchodzę i podnoszę. Taaaa, podnoszę. Poderwałem go jakieś 40cm i trzymam wołając kumpla, żeby mi pomógł.



Stawiamy go do pionu. Szybkie obadanie co i jak. Wszystko gra, dźwignia biegów nieco za blisko silnika. Luzuje, odpalam i czekam. Trampek sprowadzony na dół. Pozostały jeszcze 3. Laska wskakuje na AT i zjeżdża. Lepi dosiada konia, ten jednak wierzga i zanim zjedzie do końca ląduje na zboczu drugi raz.



Felek zajechał najwyżej. Sam chciał i wjechał, to niech sam zjeżdża :tongue: Pomogliśmy mu postawić AT, słit focie na NKusia i Felek zjeżdża. Zblokowane tylne koło, a prędkości przybywa. W końcu wszystkie 4 maszyny na dole. Jak się okazało tylko chcieli wjechać do kapliczki, a trasa biegnie nieprzerwanie asfaltem póki co…. 20 m do asfaltu i serwis.



Po wyprostowaniu pleców i tego co motury meldowały ruszamy dalej. Wyjący asfalt szybko zmienił się w błotniste szutrowo kamienne drogi.



O tak, to tygryski uwielbiają. Budzik melduje 80km/h jadąc kamienistymi koleinami pod górki wśród Połonin. Jedzie się bosko.



Lub czasem stoi  :grin: Odwiedzamy różne klimatyczne miejsca, aż w końcu Ci co mieli nieco mniej w baku muszą zatankować. A że survival pełną gębą, postanawiamy zajechać prosto do szybu na polu naftowym.



Wjazd do lasu równa się grzebaniu w błocie, które zalega tam po niedawnych opadach deszczu. Pod niektóre górki ledwo da się wjechać. A niektórzy uwierzyli organizatorom, że z plecakiem da się przejechać. Przynajmniej miał kto pchać moto w błocie ;) Lepi wydarł na swoim KTMie prawą koleiną. Widze to i mówie: no to jak on dał rade to trampek też przejdzie. I przeszedł…… kilka metrów. Stanąłem powieszony na silniku i w żadną strone nie mogłem go ruszyć. Zassał. Jak dodam do tego, że jechałem na końcu stawki to swojej miny opisywać chyba nie musze.







Ale słysze głosy na górze. No to truchcik. Na Polance widać więcej sprzętów. Wołam chłopaków i proszę o pomoc. Lepi i Chinol schodzą ze mną. Wyciągamy trampka metr do tyłu. Chinol wsiada, a ja mówie, że próbowałem i trzeba w drugą koleine postawić. Ale on nie słucha tylko wyrywa do przodu, kopie troche po czym znika na górką. Teraz to i ja wiem, że po prostu było za mało gazu. Nie obywało się bez gleb.



Na górze Lepi postanawia zmienić team i lecieć z Chinolem i spółką. Zostaje nas trzech. Dzidujemy dalej nie zważając na przeciwności losu. Po mordędze trwającej do 17 zarządzono przerwe na obiad. Zatrzymujemy się w jakimś lokalu o nazwie zbliżonej do „Jasia Wędrowniczka”. Ludzie patrzą na motocykle uwalane błotem od kół do lusterek jak na statki Ufo. Za kogo brali nas chyba nie trzeba mówić :D Po godzinnej przerwie postanawiamy jechać dalej trasą, którą wytycza GPS. Kierunek Słowacja. Kawałek asfaltem i wjeżdżamy w jakieś łąki.



Przedzieramy się przez nie i tniemy dalej do jakiejś zapory i dalej do miejscówki, gdzie studenci zabawiają latem. Idziemy wzdłuż strumyka aż do wodospadu, gdzie przyjemnie jest się schłodzić i napić czystej górskiej wody.



Po usłyszeniu Felkowej opowieści z czasów studiów o Cipiórze i walkach w kiślu jedziemy dalej w strone Słowacji.



W pewnym momencie Felek zauważa jakiś klimatyczny wozik przy jednym z domów. Zauważam ostro hamującą afre nieco za późno i próbuje wyhamować. Blokuje oba koła i lece slidem, odpuszczam po wyprostowaniu się i dokańczam hamowanie w 30cm rowie na poboczu. Laska za mną ma podobną historie. Po zbesztaniu Felka za takie akcje docieramy kilkanaście kilometrów przed granice i skręcamy na szutry. Lub łąki- do wyboru :wink:



Nieopodal granicy znak z kuszącą propozycją. Postój i krótka narada czy jedziemy tam jutro :D



Godzina 19:30. Spinamy się więc i lecimy na szybko tym szutrem na Słowacje. Tam wpadamy na asfalt i ciągniemy rundke po Słowacji. Na serpentynach czuje jakieś dziwne podskakiwanie kierownicy. Po chwili orientuje się, że szosówki leżą jakieś 60km stąd, a to co wibruje to odbijające się od asfaltu zewnętrzne kostki. Postanawiam zwolnić i jednak się tak nie kłaść na serpentynach  Po 45 minutach jesteśmy znowu w Polsce. Felek nawiguje z GPSem w strone Sanoka. W Sanoku słysze, że jedziemy taką szutrówką wzdłuż Sanu (jakoś mi po doświadczeniach z Wartą słowo szutrówka podpadało) do Tyrawy. Podjeżamy kilka km do rzeki. Ziomkowie mówią, że tam jest wszystko pozalewane i nie da rady, ale jest taka droga tu przez las. Wystarczy znaleźć się w pobliżu tego masztu i tam za tą górą jest Tyrawa. Pech chciał, że maszt było widać. No to lecimy lekko z powrotem, zawracamy i tak 3 razy. W końcu znajdujemy podjazd między domostwami. Lokalesi stoją obok i mówią: panowie, tam nie, nie dacie rady, ciężka droga jest. CO?! My nie damy rady? Jedynka i tylko kurz po nas został. Wspięliśmy się pod stromy podjazd i lekko pod górke dookoła. Jest dziurawo i błotniście, a zegar wybił 21:15, więc widać tylko to co reflektor oświetli. Jade sobie lewą koleiną, która miała lekki skos i nie zmieściłem się w droge. Spadam pół metra niżej i jade przednim kołem wzdłuż drogi, a tył osuwa się non stop niżej. Po 200 metrach jazdy tym polem udaje mi się znaleźć luke i wjechać z powrotem na droge.



Rozjazd. Droga prosto lub w lewo w dół. Zjeżdżamy w dół. Jak się okazuje zjazd dość stromy prowadził do strumienia za którym był podjazd umożliwiający tylko zjazd z niego. Zawracanie zajęło sporo czasu, bo było dość ciasno. Udało się jakoś wdrapać na góre. Skoro nie w lewo to atakujemy prosto. I tu dopiero zaczęła się jazda.



Jedna, wielka, namoczona glina, twarda tak, że koła jadą po niej, ale śliska na tyle, żeby każde jechało w innym kierunku. Walka trwa. Droga, z płaskiej drogi z poprzecznymi rowkami na 1/3 koła zmienia się na wąską dróżke pod góre. Widać było, że przejeżdża tamtędy czasem jakiś gazik lub coś w tym stylu. Zostawił koleiny, które woda dodatkowo wymyła. Zjazd w koleine to koniec jazdy. Walcze z trampkiem o utrzymanie go pomiędzy koleinami. Jakoś udaje się wczołgać na kawałek równego na górze. Za chwile Laska mnie omija i atakuje kolejny podjazd. Zatrzymał się u podnóża i woła o pomoc. Ja do niego podchodze i pytam: A Ty widzisz gdzie jedziesz? Felek stoi na swoich szosówkach jakieś 300 m stąd. Jak my go tu wciągniemy? Godzina 22 i wizja wciągania Afry po stromym zboczu przemawiają. Zawracamy Afre Laski i zjeżdża w dół w poszukiwaniu Felka. Ja zawracam na prostym i zjeżdżam dalej. Mijamy się, zostawiamy motocykle na końcu kolein. Stoją same. Wracamy po Felka i pomagamy mu odwrócić Afre w drugi kierunek.





Wracamy tą samą drogą. Zmęczenie daje się ostro we znaki, ale resztkami sił skupiam się, żeby nie położyć trampka, bo nie dam rady go podnieść. Wyjeżdżamy z Laską na kawałek twardego szutru. Idziemy po trąbiącego Felka, który co chwila utykał gdzieś na szosówkach. Wyciągamy go. Odjeżdża 5 metrów i staje. Słysze tylko „*****” i zwiększające się obroty. Robie unik i dostaje w głowe błotem. Ale przejechał. Dotarł do naszych maszyn i legł n poboczu oznajmiając, że możemy tu zostać, bo flaszke mamy. Jednak postanawiamy dotrzeć do reszty. Zjazd do Asfaltu obfituje w jeszcze kilka gleb. Później ja postanawiam prowadzić. GPS już nie był mi potrzebny. Do Sanoka dolatuje w moment, zapominając, że jade na ostrej crossowej kostce z przodu. Jade w kierunku Tyrawy i w lusterkach nie widze kompanów. Zatrzymuje się i czekam jednocześnie dopytując o droge. Skoro zostali we dwóch i nie jadą postanawiam jechać sam. Wpadali za mną do Sanoka, więc w błocie nie stanęli. Trase 26km pokonuje bardzo szybko. Jade już jak na autopilocie. Wpadam do ośrodka i patrze na zegarek. 22:50. Pozostali byli tu międy 18, a 19 ;) Po 5 minutach przyjeżdża Felek i Laska. Tego dnia zrobiliśmy około 260km. Ja ide na szybki prysznic i zdjęcie ciuchów stwardniałych od błota. Zasiadamy do tych, którzy pozostali jeszcze na placu boju z ogniskiem. Do 3 trwała impreza wyglądająca tak:

Biesiada



W towarzystwie kobiet



Przy akompaniamencie gitary i piosenkach poezji śpiewanej.



Tylko Ci co jechali asfaltem już dawno wtedy spali




Jaro-Ino

  • Gość
Odp: Szuter Party II, czyli 600km dla taplania się w błocie.
« Odpowiedź #1 dnia: 18 Październik 2014, 13:30:24 »
Niedziela
Pobudka o 9. Szybkie pakowanie sprzętów na przyczepe, pożegnania, podziękowania i w droge powrotną. Niewyspany wsiadam za kółko i jade aż do Jasła. Tam nie daje rady i biegne do McDonalda po śniadanie, na stacji kupuje co się da do picia. Zimne napoje i jedzenie stawiają mnie nieco na nogi. O 14 postój na obiad. Wcinam go szybko i odpoczywam do 18. Wypakowujemy sprzęt z przyczepki i rozdzielamy się. Lepi śmiga do siebie, my na Kujawy. Czuje się już wypoczęty, wsiadam z ochotą na sprzęt po szybkim przemyciu go, nasmarowaniu i naciągnięciu łańcucha i sprawdzeniu oleju. Droga znów biegnie sobie miło i przyjemnie. Przynajmniej nie pada. O 22 jestem świadkiem wyprzedzania 3 pojazdów, z których pierwszy ma zamiar skręcić w lewo, a ze świateł robi mu się choinka. O mały włos nie dochodzi do tragedii. Chwile później staje, ubieram co mam, bo zimno zaczęło doskwierać i lecimy dalej do domu. Znaną drogą, 15km od domu postanawiam prowadzić, bo lepiej widze droge na długich. Przejeżdżając przez jedną z miejscowości widze samochód na poboczu i 2 facetów stojących przy nim. Widze tyko szybki ruch jednego i zatrzymanie się. Instynkt nakazał mi hamować. Ostre hamowanie na kostce i 0,5 metra przede mną przebiega wielki wilczur, który wybiegł zza samochodu. Głębokie wdechy i jade dalej, nie mając nawet siły się zatrzymać i przemówić do jegomościów. O północy dojeżdżam na podwórko, chowam trampka i ide spać z obietnicą, że takie wypady powtórze jeszcze nie raz.

Offline ODKRYWCA

  • Stary kocur
  • *****
  • Wiadomości: 1 302
  • Opinia +0/-0
Odp: Szuter Party II, czyli 600km dla taplania się w błocie.
« Odpowiedź #2 dnia: 18 Październik 2014, 13:48:26 »
Stary ty jesteś hardkorowiec!. Czytałem i łzy mi ciekły patrząc na twój i twoich kumpli sprzęty. Jak bym zobaczył mojego utopionego w błocie jak twój to pewnie musiłabym wypić dwa razy tyle co normalnie ;) Wyprawa super, niezły poligon dla ludzi i sprzętu. Świetny felietonik POZDRO!

Offline souler

  • Top Cat
  • ****
  • Wiadomości: 414
  • Opinia +0/-0
  • Triumph Tiger 955i 2001
  • Miejscowość: Kraków
Odp: Szuter Party II, czyli 600km dla taplania się w błocie.
« Odpowiedź #3 dnia: 18 Październik 2014, 18:02:06 »
To daliście czadu. Trochę sprzętów żal, bo do tego są inne, ale za to zabawa przednia ^-^

Offline M

  • Klakier
  • ***
  • Wiadomości: 125
  • Opinia +0/-0
  • Motocykl: 800 Xc
  • Miejscowość: Grudziądz
Odp: Szuter Party II, czyli 600km dla taplania się w błocie.
« Odpowiedź #4 dnia: 21 Czerwiec 2020, 16:58:52 »
bliskie mi tematy, właśnie wróciłem z TET Polska

Offline Robert

  • Klakier
  • ***
  • Wiadomości: 100
  • Opinia +0/-0
  • Motocykl: 1200 Explorer XR
  • Miejscowość: Żagań
Odp: Szuter Party II, czyli 600km dla taplania się w błocie.
« Odpowiedź #5 dnia: 08 Wrzesień 2020, 11:38:55 »
Robi wrażenie. Ale sam bym nie pojechał.