Dorzucę od siebie parę słów o katowickim Boosterze. Mam Explorera od ponad 2 lat, przejechałem nim 30 tysi km i od początku mojego posiadania serwisuję go wyłącznie w Boosterze (no ze 2 razy zdarzyło mi się samodzielnie wymienić olej). Poprzednio byłem u nich na przeglądzie w czerwcu, po powrocie z Maroko i kiedy odbierałem moto, Marcin mówi do mnie, że słyszy niebezpiecznie głośne dzwonienie alternatora, że na bank łożyska są wybite i mogę poszukać na spokojnie altka na wymianę przy okazji zimowego serwisu. Alternator sobie szybko ogarnąłem, znalazłem nówkę sztukę w UK za kasę, jakiej rodzimi złomiarze życzą sobie za używki. Odłożyłem na półkę i czekałem na zimę.
Okazało się, że czas na wymianę przyszedł jednak szybciej. Na początku września ruszyłem na małe kółeczko po Bałkanach, max Kosowo i północna Albania. Ujechałem może 10km od domu, coś szarpnęło motocyklem, zaświeciły się 3 żółte kontrolki, zjazd na bok i oględziny. Co się okazało?! Jakiś debil, nieogarnięty motocyklista, czyli ja, zapiął tylko 2 z 4 haczyków pająka na kufrze. A pająk jak to pająk, zsunął się w czasie jazdy, złapał tylne koło i się w nie wkręcił. Wiem, wiem, Explorer nie ma łańcucha. Ale mój pająk tego chyba nie wiedział i zupełnie mu to nie przeszkodziło. Efekt - krzywa tarcza hamulcowa, krzywa tarczka czujnika prędkości i co najgorsze, urwany czujnik prędkości razem z uchwytem. A uchwyt jego, jak wie każdy posiadacz dużego Tigera to część aluminiowego odlewu - obudowy tylnej przekładni. Koniec wycieczki do Albani nastąpił po kilkunastu minutach.
Pominę już poszukiwania dobrej przekładni w rozsądnej cenie i wracam do Boostera. Oczywiście moto następnego dnia zawiozłem do chłopaków. Przy okazji wrzuciłem alternator, bo jak już tam będzie, a alternator jest w domu, to nich go założą.
Wczoraj odebrałem motocykl. Jak odpaliłem silnik, to nie mogłem uwierzyć, że to mój. Dzwonienie alternatora, do którego siłą rzeczy już się przyzwyczaiłem, zupełnie zniknęło. A ja już myślałem, że Triumphy tak mają. Marcin pokazał mi mój stary alternator. Luz na łożysku, na oko jakieś 0,5-0,8 mm. Naprawdę oś wirnika ruszała się nieprzyzwoicie mocno. No i info od Marcina - nie ma mowy, żebyś z tej Albanii wrócił na kołach z tym alternatorem. Łożyska rozsypałyby się i przemieliłoby go.
Dla mnie nauki z tych wydarzeń wynikają dwie:
1. Jak coś ci mówi nie jedź, to nie jedź. Przecież mogłem odplątać resztki pająka z piasty i jechać bez ABS i TC. Ludzie jeżdżą przecież bez tej całej elektroniki i żyją. Krzywej tarczy hamulcowej pewnie nawet bym nie poczuł, bo zacisk pływający. Ale jakby umarł mi alternator gdzieś w Górach Przeklętych i jeszcze nie daj Boże zrobił wewnątrz zwarcie, to ADAC zapłakałoby się, jakby musieli mnie stamtąd ściągać.
2. Marcin i Mariusz mają cholernego nosa do motocykli, doświadczenie i wiedzę. Nie uprawiają druciarstwa i zawsze starają się zrobić wszystko zgodnie z serwisówką. Współpraca z nimi daje mi dużą pewność motocykla. A to jest dla mnie bardzo, bardzo ważne.